Rozdział ten dedykuję:
Mojemu Papie, bez którego nie zaczęłabym pisać.
To wszystko dzięki tobie, dziękuję <3
Rozdział 1
- […] i tak właśnie upadło Cesarstwo Rzymskie.
Pani Iwona Dulińska, moja nauczycielka od historii była miłą i dobrą osobą, którą doprawdy lubiłam. Była przesympatyczna, jednak jej opowieść, a tak dokładnie jej sposób opowiadania, sprawiał, że moje powieki same się zamykały. Zamiast ciekawej historii mówiła same suche fakty, które męczyły mnie bezgranicznie. Odliczałam czas do końca lekcji. Zostało jeszcze 10 minut. Trzeba było to przetrwać. Żeby nie zanudzić się na śmierć, postanowiłam pomyśleć o jakiejś przyjemnej rzeczy, która wyciągnęłaby mnie z rozmyślań o Rzymianach. Szukałam, szukałam i... nagle sobie o czymś przypomniałam. Wiedziałam już, na czym chcę skupić swą uwagę. Postanowiłam zastanowić się, nad książką, którą zaczęłam czytać zaledwie dwa dni temu. Dostałam ją od mojej mamy, z okazji urodzin. Dokładnie trzy dni temu było moje święto, oznaczające, że ostatecznie skończyłam 17 lat.
To księga fantasy. Opowiada ona o kraju, który nazywa się „Wooverblin”. Żyją tam różne magiczne stworzenia, jak na przykład wróżki, trolle, elfy, jednorożce, ale także istoty takie, o których nikt nie słyszał. W wyglądzie są śmieszne, lecz zarówno dziwne i nie ludzkie. Są to przykładowo: holigoty, girule, czy sangatini. Całym tym pięknym światem rządzi sprawiedliwie Biały Jeleń. Posiada on nieograniczone moce, dzięki którym życie w Wooverblin jest bezpieczne i szczęśliwe. Wszystko jednak się zmienia, gdy Zarządca zostaje w jakiś sposób otruty, przez co jego moc słabnie. Biały Jeleń kona, a nikt nie wie, co począć dalej i jak można by mu pomóc. Wszyscy podejrzewają, że za otruciem stoi potężny i zły czarnoksiężnik Aaron, który zawsze chciał za wszelką cenę panować nad krajem Wooverblin. Chłopak o imieniu John pragnie pomóc, przez co postanawia wyruszyć w niebezpieczną drogę do zamku Czarnoksiężnika Aarona i znaleźć tam dla Białego Jelenia lekarstwo.
Na tym etapie książki skończyłam. Nie mogłam doczekać się ciągu dalszego tej opowieści! Nareszcie usłyszałam dzwonek. Cała klasa wstała i zaczęła się pakować. Pani Iwona próbując przekrzyczeć hałas informowała nas, co jest na zadanie domowe. Powiedziała, że będzie trzeba odpowiedzieć na następujące pytanie: „Jak wyglądała próba odbudowy cesarstwa na zachodzie?”.
- Napiszcie, co najmniej dwie strony, rozumiano?! Angeliko, proszę byś na chwilę została. Chcę z tobą porozmawiać.
Słysząc moje imię lekko drgnęłam i zaskoczona spojrzałam na panią Iwonę. Patrzyła na mnie tymi swoimi ślicznymi szafirowymi oczami. Zawsze chciałam takie mieć. Moje miały kolor brudnej zieleni.
Pani Dulińska nie była tylko nauczycielką od historii, ale też moją wychowawczynią. Podejrzewałam, o czym chce ze mną porozmawiać. Podeszłam do jej biurka i czekałam. Gdy wszyscy już wyszli, pani Iwona znów na mnie spojrzała. Czekała, ale ja nie zamierzałam zaczynać tej rozmowy.
Pani Dulińska nie była tylko nauczycielką od historii, ale też moją wychowawczynią. Podejrzewałam, o czym chce ze mną porozmawiać. Podeszłam do jej biurka i czekałam. Gdy wszyscy już wyszli, pani Iwona znów na mnie spojrzała. Czekała, ale ja nie zamierzałam zaczynać tej rozmowy.
- Angeliko powiedz mi, jak się czujesz?
- Dobrze - Szepnęłam.
Wychowawczyni uśmiechnęła się i kiwnęła głową.
- To świetnie. Bardzo się cieszę.- Nagle jednak zobaczyłam jak jej wzrok staje się bardziej czujny i poważny. Gdy pani Dulińskiej robiły się takie oczy, zawsze pojawiała się wtedy na jej czole mała zmarszczka. Często jednak nie było tego widać, przez jej rude kręcone włosy opadające w to akurat miejsce. Szkoda. Wyglądała uroczo. ,,Przestań! Znów schodzisz z tematu. Skup się!"-pomyślałam, zdając sobie sprawę, że pani Iwona do mnie mówi.- Widuję cię często na korytarzu. Zastanawiam się, czemu najczęściej widzę cię samą, bez koleżanek. Masz jakieś Przyjaciółki Angeliko?
- Raczej nie. Nie potrzebuję przyjaciół. Radzę sobie sama. Dla mnie są ważniejsze rzeczy niż przyjaźń. Rzeczy cenniejsze…
- Co masz na myśli?
- Książki. Najlepiej fantasy.
Pani Dulińska nie wyglądała na zdziwioną. Wręcz przeciwnie. Spodziewała się takiej odpowiedzi.
- Myślę, że książki to rzeczywiście duży skarb. Bez nich na pewno nasz świat, byłby smutny i bardziej zacofany.- Powiedziała - Myślę jednak też, że nie można całkowicie odłączać się od ludzi. Nasza rasa działać musi razem. Tylko dzięki współpracy udało nam się stworzyć tak niesamowitą cywilizację. Trzeba być bardziej otwartym dla ludzi. Angela, ty musisz chcieć przynajmniej spróbować się z kimś skontaktować.
Przymknęłam lekko oczy. Czułam jak ta rozmowa coraz bardziej mnie męczy. Chciałam ją szybko zakończyć.
- Rozumiem - Powiedziałam cicho.
Pani Iwona nie wyglądała na przekonaną, ale podejrzewała, że już raczej więcej zrobić nie zdoła.
- To świetnie. Możesz już iść. Pośpiesz się, bo jeszcze spóźnisz się na polski.
Podziękowałam jej, po czym zamknęłam drzwi i poszłam do Sali Dwieście cztery, gdzie miała odbyć się teraz lekcja. W czasie, gdy szłam, zaczęłam zastanawiać się nad słowami Pani Dulińskiej. Naprawdę ją rozumiałam. Po prostu uważałam, że przesadza. Czasami odczuwałam samotność, ale to było niemożliwe, gdy czytałam książkę. Książka posiadała treść, dzięki której czułam. Czasami smutek, gniew, albo radość, bywało różnie, ale potrafiła moje emocję doprowadzić do stanu krytycznego, jak i niebiańskiego. Kochałam to! Za nim się spostrzegłam, już byłam pod drzwiami Sali języka polskiego. Dosłownie po trzydziestu sekundach zadzwonił dzwonek i weszliśmy do klasy. Choć polski bardzo lubiłam, to nie miałam zamiaru słuchać teraz o bezokolicznikach. Zaczęłam myśleć o sobie.
Byłam dziewczyną średniego wzrostu. Miałam szczupłą sylwetkę, jasną cerę i długie brązowe włosy. Całości dopełniały zielone, brzydkie oczy, różowe usta i nos lekko zadarty w górę. Moim marzeniem było zostanie bibliotekarką, pisarką, lub pracować w wydawnictwie, ponieważ książki to dla mnie rzecz święta i niesamowita. Chyba jestem dziewczyną aspołeczną. Podczas, gdy prawie wszyscy moi rówieśnicy woleli iść do klubu, czy spotkać się w galerii i ze sobą pogadać, ja wolałam siedzieć w swoim fotelu, przykryta kocem, pijąc kawę i czytając książkę. Nie miałam w klasie przyjaciół. Ludzie, którzy do niej chodzili nie przeszkadzali mi, ale robili coś gorszego. Traktowali mnie jak powietrze. Byłam im obojętna. Wydawało mi się, że jest to gorsze od nienawiści, ale nie byłam pewna, bo nikt mnie nigdy nie nienawidził... Przynajmniej tak mi się wydawało. Klasa gadała ze mną tylko wtedy, gdy musiała, i mnie nawet przez krótką chwilę wtedy kojarzyła, ale szybko potem zapominała. Moi rodzice są rozwiedzeni. Tato pojechał do Francji i w ogóle mną się nie interesował. Odszedł od nas, kiedy byłam jeszcze 7-miesięcznym dzieckiem w brzuchu. Znałam go tylko z kilku filmów, nakręconych przez mamę. Ona nie wiedziała, że je znalazłam na strychu, podczas poszukiwań starego materaca, o który mnie prosiła. Na tych filmikach, ojciec wydawał się z mamą szczęśliwy i szaleńczo w niej zakochany. Ale wygląda na to, że tata tak nie uważał. Mama to jedyna osoba, której ufałam. Zawsze była dla mnie bardzo ważna. Bez niej moje życie by było jeszcze bardziej samotne.
Minęło dwadzieścia minut lekcji i nagle drzwi od klasy otworzyły się i do środka weszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich był już starszym człowiekiem. Miał szare długie włosy i brodę, na której pojawiały się siwe kosmyki. Był on ubrany w jasne brązowe spodnie i dziwną kamizelkę, w kolorze zielonym, do tego był czarny pas ze złotą klamerką i czarne wysokie buty. Jego oczy były piękne bursztynowe. Przypominały mi zachodzące słońce. Wyglądał na około czterdzieści lat. Ale z całego jego wyglądu, najbardziej rzucały się w oczy spiczaste uszy, wyglądające jak u rysia. Jego geny najwidoczniej stwierdziły, że jego przystojną, choć specyficzną twarz, należy jakoś oszpecić. Przykre. Przypomniałam sobie przeczytany przeze mnie artykuł w jakimś czasopiśmie mamy, iż długie i spiczaste uszy są znakiem skąpstwa. Nie wiedziałam, czy to prawda, ale fajnie było to pamiętać.
Drugi zaś chłopak był bardzo młody i... piękny. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia parę lat. Miał długie blond włosy, oczy niebieskie jak morze, a usta pełne i czerwone, w przeciwieństwie do jego towarzysza, którego usta przypominały raczej cienką kreskę. Ubrany był bardzo podobnie jak mężczyzna czterdziestoletni. Jedyną różnicą była kamizelka, która tym razem wyróżniała się kolorem bardzo ciemnego brązu. Chłopak niestety także miał identyczne, charakterystyczne uszy, jak jego towarzysz. W takim razie, byli najprawdopodobniej rodziną, prawda? Choć było to trochę dla mnie nieprzekonujące, bo poza uszami wyglądali zupełnie inaczej. Rysy twarzy mężczyzny, były ostre i wyraźne, za to u chłopaka łagodne, lecz lekko surowe. Jedyne co ich upodobniało (po za oczywiście długimi uszami!) to to, że obaj byli muskularni i pewni siebie. Musiałam się przyznać sama przed sobą, że mimo grozy, która od nich biła to intrygowali mnie. Przemawiała przez nich też wyraźna duma. Widać było na pierwszy rzut oka, że byli oni inteligentni i bystrzy. Byłam ciekawa do kogo przyszli.
Byłam dziewczyną średniego wzrostu. Miałam szczupłą sylwetkę, jasną cerę i długie brązowe włosy. Całości dopełniały zielone, brzydkie oczy, różowe usta i nos lekko zadarty w górę. Moim marzeniem było zostanie bibliotekarką, pisarką, lub pracować w wydawnictwie, ponieważ książki to dla mnie rzecz święta i niesamowita. Chyba jestem dziewczyną aspołeczną. Podczas, gdy prawie wszyscy moi rówieśnicy woleli iść do klubu, czy spotkać się w galerii i ze sobą pogadać, ja wolałam siedzieć w swoim fotelu, przykryta kocem, pijąc kawę i czytając książkę. Nie miałam w klasie przyjaciół. Ludzie, którzy do niej chodzili nie przeszkadzali mi, ale robili coś gorszego. Traktowali mnie jak powietrze. Byłam im obojętna. Wydawało mi się, że jest to gorsze od nienawiści, ale nie byłam pewna, bo nikt mnie nigdy nie nienawidził... Przynajmniej tak mi się wydawało. Klasa gadała ze mną tylko wtedy, gdy musiała, i mnie nawet przez krótką chwilę wtedy kojarzyła, ale szybko potem zapominała. Moi rodzice są rozwiedzeni. Tato pojechał do Francji i w ogóle mną się nie interesował. Odszedł od nas, kiedy byłam jeszcze 7-miesięcznym dzieckiem w brzuchu. Znałam go tylko z kilku filmów, nakręconych przez mamę. Ona nie wiedziała, że je znalazłam na strychu, podczas poszukiwań starego materaca, o który mnie prosiła. Na tych filmikach, ojciec wydawał się z mamą szczęśliwy i szaleńczo w niej zakochany. Ale wygląda na to, że tata tak nie uważał. Mama to jedyna osoba, której ufałam. Zawsze była dla mnie bardzo ważna. Bez niej moje życie by było jeszcze bardziej samotne.
Minęło dwadzieścia minut lekcji i nagle drzwi od klasy otworzyły się i do środka weszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich był już starszym człowiekiem. Miał szare długie włosy i brodę, na której pojawiały się siwe kosmyki. Był on ubrany w jasne brązowe spodnie i dziwną kamizelkę, w kolorze zielonym, do tego był czarny pas ze złotą klamerką i czarne wysokie buty. Jego oczy były piękne bursztynowe. Przypominały mi zachodzące słońce. Wyglądał na około czterdzieści lat. Ale z całego jego wyglądu, najbardziej rzucały się w oczy spiczaste uszy, wyglądające jak u rysia. Jego geny najwidoczniej stwierdziły, że jego przystojną, choć specyficzną twarz, należy jakoś oszpecić. Przykre. Przypomniałam sobie przeczytany przeze mnie artykuł w jakimś czasopiśmie mamy, iż długie i spiczaste uszy są znakiem skąpstwa. Nie wiedziałam, czy to prawda, ale fajnie było to pamiętać.
Drugi zaś chłopak był bardzo młody i... piękny. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia parę lat. Miał długie blond włosy, oczy niebieskie jak morze, a usta pełne i czerwone, w przeciwieństwie do jego towarzysza, którego usta przypominały raczej cienką kreskę. Ubrany był bardzo podobnie jak mężczyzna czterdziestoletni. Jedyną różnicą była kamizelka, która tym razem wyróżniała się kolorem bardzo ciemnego brązu. Chłopak niestety także miał identyczne, charakterystyczne uszy, jak jego towarzysz. W takim razie, byli najprawdopodobniej rodziną, prawda? Choć było to trochę dla mnie nieprzekonujące, bo poza uszami wyglądali zupełnie inaczej. Rysy twarzy mężczyzny, były ostre i wyraźne, za to u chłopaka łagodne, lecz lekko surowe. Jedyne co ich upodobniało (po za oczywiście długimi uszami!) to to, że obaj byli muskularni i pewni siebie. Musiałam się przyznać sama przed sobą, że mimo grozy, która od nich biła to intrygowali mnie. Przemawiała przez nich też wyraźna duma. Widać było na pierwszy rzut oka, że byli oni inteligentni i bystrzy. Byłam ciekawa do kogo przyszli.
- Przepraszam, a panowie, czego chcą, jeśli mogę spytać?
Pani Jolanta, moja polonistka wydawała się trochę zdenerwowana ich przybyciem. Pewnie uznała tych ludzi po prostu za dziwaków, przez ich specyficzny ubiór. Sądziłam, że czuła się przy nich lekko niepewnie, jak większość klasy, włącznie ze mną. To przez tą aurę tajemniczości, którą wprowadzili wchodząc do klasy. Starszy mężczyzna popatrzył na nią surowo, przez co pani Jolanta trochę speszyła się.
- Przyszliśmy tutaj po uczennice. Mamy na piśmie zwolnienie od jej matki, gdzie jest wszystko wytłumaczone.- Po tych słowach położył na stole kartkę papieru i popatrzył na moją nauczycielkę, która wydawała się mocno zmieszana. Odwróciłam się do młodego chłopaka, by mu się bardziej przyjrzeć. W tym samym momencie on też na mnie zwrócił swój wzrok. Poczułam nagle coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. W brzuchu miałam motylki. To była tylko sekunda, ale skamieniałam. Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem odwrócił się do swojego towarzysza.
- A kogo chciałby pan zabrać?- Spytała nerwowo pani Jolanta.
- Angelikę- Odpowiedział szaro włosy- Angelikę Mollow.
- A kogo chciałby pan zabrać?- Spytała nerwowo pani Jolanta.
- Angelikę- Odpowiedział szaro włosy- Angelikę Mollow.
Wzięłam gwałtownie oddech. Że co proszę? Oni chcą MNIE zabrać? Przecież ja ich nie znałam. Byli obcymi osobami, których nigdy na oczy nie widziałam! Dotarło do mnie, że cała klasa, włącznie z nauczycielką wbiła we mnie spojrzenie, przez co wzrok mężczyzn skierował się w tą stronę, gdzie patrzyła reszta. Oglądali mnie uporczywie, jakby chcieli coś ze mnie wydusić. Świetnie! I co ja miałam w takiej sytuacji zrobić?
- Może byś wstała Angeliko?- Spytała mnie moja polonistka.
Niepewnie podniosłam się z krzesła. Mimo strachu i mej nieśmiałej natury spojrzałam starszemu mężczyźnie prosto w oczy, z których umiałam czytać najlepiej.
- Ja jestem Angelika Mollow.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz